Skróty są zawsze najdłuższe czyli Poland Bike na Podlasiu


W upalny wakacyjny weekend jak zazwyczaj na maratonie z cyklu Poland Bike stawiła się mocna grupa zawodników. Wszyscy w bojowych nastrojach i nic nie wskazywało, że tym razem impreza będzie miała dość smutne zakończenie. Może ktoś powie, że jestem dziwny, bo przecież wygrałem swoją kategorię. Cóż, ja jednak wolę wygrywać w walce a nie przy sędziowskim stoliku. Oczywiście ciężko być pewnym, czy mógłbym rzeczywiście wygrać czy też nie,  może pozostać tylko gdybanie, czyli takie nasze polskie gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka…

Zacznijmy jednak od początku. Ciężko barwnie opisać trasę. Dlaczego? Bo trasa była zupełnie bezbarwna. Ciężko mi zrozumieć po co organizator „wysyła” w większości mieszkańców Warszawy 150km w głąb ściany wschodniej, jeżeli ciekawszą trasę można zrobić w podmiejskich lasach. Bez problemów możnaby znaleźć 27 kilometrowy odcinek (dystans Max miał 2 pętle) chociażby w okolicach Podkowy Leśnej czy też w Kampinosie. Pomijam już, że 150km to już można pokusić się o trasę na Warmii i tam już nie dość, że są przewyższenia, to i jakoś tak bardziej urokliwie.

Wróćmy jednak na Podlasie. Start jak to start: ruszyła grupa, a ponieważ maraton był absolutnie płaski (jedyne pofałdowanie to mikro podjazd pod fragment sztucznego stoku narciarskiego) to grupa jechała dość spora (kilkudziesięciu zawodników). Najpierw jechała po piachu to się kurzyło, potem po lesie to dupa podskakiwała, potem na szutrze to był bufet i znowu po lesie i znów podskakując, a na końcu drogą wokół jeziora, gdzie co bardziej pechowi mieli szansę (z dystansu max wręcz powtarzalną) na zderzenie z autami lokalnych plażowiczów, lub wjechanie w ognisko (dokładnie pozostałości po nim), które było na środku stosunkowo wąskiego fragmentu trasy.  Grupa jechała zwarta i zaliczając kilka kałuż na mecie mogła mylnie sprawiać wrażenie, że walka była ostra w trudnym terenie.  Wiadomo w trakcie pierwszej pętli co słabsi zaczęli od grupy odpadać i finalnie grupa liczyła około 20 osób. To dość sporo zważywszy na jazdę po dość nierównej nawierzchni i konieczność skupienia się na obraniu właściwego toru jazdy jak również, co dość istotne trasy przejazdu. Na nieszczęście Teté de la course, jest quad organizatora, który prowadzi grupę. Ci co nie wiedzą o co chodzi pewnie myślą, że smrodzi, hałasuje, albo płoszy zwierzynę, która zestresowana może wybiec na trasę niczym pies na Tour de France. No tu trzeba przyznać, że jedzie w pewnym oddaleniu i smrodu spalin nie czuć, zwierzęta lokalne to już zapewne uodpornione więc nie w tym rzecz. O tuż Quad czasami robi zmyłkę i skręca nie tam gdzie trzeba, a konkretnie za strzałkami dystansu dla dzieci (FAN) co jest dodatkowo podstępne, bo nie wzbudza podejrzeń czoła – wszak oznakowanie jest, cóż że nie to. No a jak już czoło jedzie to reszta leci za nim jak gepard za antylopą dopóki starczy tlenu.

Po rozjeździe na dystans MINI i MAX bardzo mnie zdziwiło, że czołowa grupa, w której gronie miałem przyjemność się znaleźć, licząca już wtedy około 12 osób, nie ma za sobą absolutnie nikogo na horyzoncie. Oczywiście nie rozszyfrowałem póki co występku  Quada tylko tłumaczyłem to sobie wręcz olimpijską formą. W końcu jechaliśmy dosyć szybko. Na drugiej pętli jak to zwykle bywa było trochę czarowania, w końcu zaczęły się ucieczki skutkiem których grupa lidera podzieliła się na 4, a może nawet 5, bo co działo się za mną ciężko było zgłębiać. Tak więc mieliśmy 2 grupki uciekających: 2 i 3 osobową; 4 a później 3 osobową grupę pościgową oraz pozostałych zawodników z grupy, którzy chyba częściowo zostali doścignięci. Będąc członkiem tej grupy pościgowej, nie jestem przekonany czy nazwa nie jest aby na wyrost. Co ma dość istotne znaczenie w kwestii wyników oficjalnych. 

Tak więc dochodząc do setna sprawy pierwsza dwójka znając trasę pojechała podobno prawidłowo. Pytanie co wtedy robił Quad, jechał prawidłowo, czy też fortel mu się za drugim razem już nie udał?
Może szczęście sprzyja lepszym i ich oczom ukazał się Anioł i przegonił diabelskiego Quada.

Kolejni 4 zawodnicy czyli uciekająca 3+1 z wcześniejszej grupy pościgowej pojechała trasą alternatywną czyli dla dzieci (FAN). Kto wie może Quad na nich poczekał i dopiął swych złowieszczych zamiarów?

Wspomniana już grupa pościgowa (teraz już 3cia), w której to znajdowała się moja osoba, absolutnie niczego nie podejrzewając pojechała właściwie. Nie chcę się wypowiadać za kolegów rywali, ale ja zupełnie nie zorientowałem się gdzie było miejsce, w którym uprzednio trasę skróciliśmy. No cóż chyba wspominałem, że Quad był przebiegły? Tak więc zastanawiam się jak można było tą trasę pomylić.

Tu jednak przyznaję, że nie jestem osobą obdarzoną fantastyczną i arcy dokładną pamięcią, więc może inni po prostu pojechali wedle pierwszej pętli co w sumie jest dość logiczne (wychodzi przebiegłość Quada!).

Jednak muszę przyznać, że dość osobliwe uczucie ogarnęło mnie na mecie kiedy chłopaki, którzy zostali w tyle machają nam z za „kreski”. Pierwsza myśl dałem d…. i pomyliłem trasę. Tak pięknie szło wreszcie żadnych defektów i głupi błąd w końcówce! Po chwili konsternacja: ale chwila strzałki były, jechałem za oznaczeniami więc ki diabeł. No a chłopaki się śmieją, bo wiedzą już że skrócili trasę.

No i tu muszę przyznać było moje wielkie pozytywne zaskoczenie! W sumie sam zrobiłbym tak samo, ale nie spodziewałem się, że inni podchodzą do tematu również Fair Play, bo sami analizowali z sędziami wyniki i przyznali się do skrócenia (chociaż był niechlubny wyjątek, który się wypierał, twierdząc nawet, że mnie wyprzedził w końcówce – ciekawe, że nie zauważyłem).

Ten gest Fair Play właśnie zmotywował mnie do napisania tych kilku słów. Na forum można przeczytać różne wpisy, propozycję dyskwalifikacji, że ludzie stracą sektory itd. Może to zabrzmi trochę z góry, ale uważam, że jest to przesada. Nie lubię też, jak ktoś zajmuje ostre stanowisko nie mając wiedzy na temat zagadnienia. Dlaczego? Bo wiem, że żaden z zawodników z czołowej grupy nie skrócił trasy specjalnie z myślą o lepszym wyniku (dlatego też celowo nie podaję nazwisk). Za pierwszą pętle winę ponosi w moim odczuciu wyłącznie organizator, który nie umywa rąk przecież są kary czasowe oraz podniesienie „czasu zwycięzcy” co korzystnie wpłynie na ratingi. Co więcej może zrobić? Zdyskwalifikować zawodnika za swój błąd? To byłoby nie sprawiedliwe. W regulaminie nie ma chyba nic o dyskwalifikacji z winy organizatora?

Jedyne co uważam, za absolutną kichę to fakt, iż dekoracja odbyła się przed zmianami w wynikach. Nie chodzi mi tu o fakt, że stanąłbym na innym stopniu pudła, bo ja nie czuję się absolutnie wygranym i pewnie zrobiłbym małą kichę, bo na to miejsce po prostu bym nie wszedł. Jednak w przypadku innych kategorii mogło się okazać, że gdyby jazdy na skróty nie było, to podium wyglądałoby zupełnie inaczej. Tu jednak pojawia się problem samych dekoracji, na których nikt poza zainteresowanymi nie zostaje. To jest niestety problem wszystkich amatorskich zawodów, a gdyby dekoracja została opóźniona  to mogłoby się okazać, że część osób i tak już ruszyło do domu i nie byłoby kogo dekorować.

No i tu pojawia się dla mnie wielki znak zapytania. Po co ktoś podnosi szum, że czołówka skróciła trasę i chce dyskwalifikacji, czy „wyciągania konsekwencji”  jeżeli  nawet dekoracja go nie interesuje? Przecież nikt z tych osób nie nawiązałby walki ze „skracającą” grupą, ani też nie wskoczyłby przypadkiem do sektora wyżej, a nawet jakby, to skończyłby kolejny maraton spadając do właściwego. No chyba, że nie startowałby już, żeby sektora nie stracić a móc chwalić się kolegom „zdobyczą” – słyszałem, że tacy też są.  Oburzonych zapewniam, że mocniejsza grupa i tak by Was urwała, a żeby poprawić rating czy sektor, trzeba trenować najlepiej 6 razy w tygodniu i im dłużej tym lepiej, a nie liczyć na błąd innych! Nie osądzajcie zbyt szybko i niech Wam nikt nie wmówi, że białe jest białe :-)

W końcu jak mówi pradawna słowiańska maksyma:

Żadna korba ani koło nie zapewni wyjść na czoło!



do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl