Nasze swojskie Grande Boucle

Jak co roku wyruszył wyczekiwany przez wielu fanów kolarstwa nasz narodowy wyścig, chluba polskiego kolarstwa czyli Tour de Pologne. Jak już zostaliśmy przyzwyczajeni organizacja jest na światowym poziomie, przyjechało wielu znanych kolarzy, może nie ścisła czołówka, ale przecież większość jest albo ujechana albo kontuzjowana po wielkich Tourach.  No poza tymi jednostkami, które chcą zafiniszować w Santiago de Compostela, więc póki co ostro trenują i zbierają siły.

Jednak ten nasz wyścig ad. 2014 jest wyjątkowy. Wreszcie „mieliśmy” (realną) szansę, żeby Polak wygrał bo coś się ruszyło; być może dlatego, że więcej talentów ma dostęp do treningów na światowym poziomie i w międzynarodowych zespołach. Polacy nie tylko byli „widoczni” podczas wyścigu, ale udało się też tą widoczność dowieść do mety. Mamy zatem zwycięzcę generalki, wyrastającego na sławę światowego formatu, jest również i najlepszy góral. Zatem wreszcie możemy powiedzieć, że narodowy wyścig był nasz! Były emocje i było na co popatrzeć. Jedynie szkoda, że wyczynów czołowych polskich kolarzy nie komentowała komentatorska czołówka. Zabrakło pchania na podjazdach, może dlatego, że tam było napisane Finish a nie Arrive. Nie było też rekina ze słonecznej Italii, a Baskowie jakoś nie mieli siły gonić.

Tu chciałem się pokusić o porównanie do Wielkiej Pętli, ale nie rzecz w randze imprezy czy też tytułach zawodników. Daleki jestem od sformułowań Wielka Pętla Wschodniej Europy. To co chciałem porównać to … pobocze.  Dziwne? Dla mnie smutne.  Dlaczego? We Francji ludzie camperami jadą całą trasę za wyścigiem ustawiając się często już w nocy na ciekawym odcinku drogi, żeby przez te kilka sekund lub minut pooglądać swoich idoli. Na końcowych podjazdach kibice wręcz tworzą szpaler niczym drzewa w gęstym lesie. Są tak podnieceni, że nierzadko przeszkadzają kolarzom swoim dopingiem. Na przykład na Giro jeden z kibiców chcąc pomóc tak popchnął kolarza, że ten nie świadom „dopingu” jaki miał otrzymać nie omal spadł z roweru. U nas natomiast, mimo światowej oprawy, wyścig trzeba robić na rundach, żeby ludzie chcieli wyjść na ulicę i pooglądać kolarzy kilkaset metrów od domu.

Na odcinku bodajże z Zakopanego widać było kilka razy jak ludzie idą obok trasy i nawet nie zwracają uwagi na kolarzy. Kto wie, może wręcz byli poirytowani, że jakiś „baran” zamyka drogę, żeby sobie na rowerach mogli pojeździć. Rozumiem, że ktoś nie musi być fanem kolarstwa, ale można by przez tydzień być wyrozumiałym dla innych i docenić, że wyścig Pro Tour „dopałętał” się do Polski.

Z jednej strony mamy wzrost popularności kolarstwa. To dobrze, mam dużą nadzieję, że za sprawą tegorocznych sukcesów polskich kolarzy popularność będzie wzrastać. Z drugiej strony dalej wydaje się, że mimo rosnącej popularności zawodów kolarskich (również tych amatorskich) jak i samej jazdy rowerem, jesteśmy ogólnie negatywnie nastawieni do jednośladów. Idę o zakład, że nie jeden „zagorzały kibic” Majki, który o nim dowiedział się z Wiadomości po sukcesach na TdF, nie ma problemów ze spychaniem z drogi czy odtrąbieniem kolarza jadącego ulicą. Dlaczego? Bo przecież burak ma chodnik obok, albo dziurawą ścieżkę rowerową, po której szosowym rowerem jechać nie sposób. Ale kogo to obchodzi. W tym miejscu warto dodać, że taki kierowca nie rzadko ma na dachu bagażniki rowerowe. O co zatem chodzi? Nie wiem i tego nie rozumiem. To trochę tak jakby po ciężkim treningu usiąść na ławce i zapalić papierosa. Można, ale konsekwencji w działaniu nie próżno szukać.

Mam jednak nadzieję, że im więcej osób będzie takie zachowania piętnować, to z czasem i to się zacznie zmieniać. Zatem życzę wszystkim dosiadającym jednośladów, aby wzrost popularności kolarstwa był wprost proporcjonalny do wzrostu kultury kierowców i ich wyrozumiałości dla nas jako uczestników ruchu drogowego.



do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl